- Więc jest pan biseksualistą?
- Nigdy nie myślałem o sobie w ten sposób, bo nigdy wcześniej mężczyźni mi się nie podobali. Teraz z resztą też niespecjalnie. On był po prostu inny, specyficzny, co sprawiało, że był wyjątkowy. Może to dlatego? Do tej pory nie umiem sobie tego wyjaśnić. Zresztą, nigdy nie zechcę tego wyjaśniać, bo po co? Liczy się tylko to, że mimo wszystko zakochałem się w nim na zabój.
- Opowiedz mi, jak się poznaliście, wasze spotkania, wszystko.
- Dobrze, ale to będzie długa historia.
Tego dnia wprowadzaliśmy się z Kate do nowego domu. Długo go szukaliśmy, bo każde z nas miało wymagania, które musiał spełniać budynek. Ja chciałem by był duży i przestronny w klasycznym stylu. Kate pragnęła mieszkać jak najbliżej morza i żeby mieć sypialnie z widokiem na plażę. Do tego koniecznie nalegała na czerwone dywany i skórzane kanapy. Po dłuższym czasie znaleźliśmy nasze "marzenie" i bez zawahanie dokonaliśmy zakupu. Na żywo wszystko wyglądało jeszcze lepiej. Podziwiałem każdy centymetr tej jakże doskonałej architektury. Dwa piętra zapewniały nam spory komfort.
Na dole znajdował się ogromny salon z jednym z większych telewizorów, jakich widziałem. Wiedziałem, że nie przepuszczę oglądania tu meczów footballu. Oczywiście naprzeciwko znajdowała się gigantyczna, biała kanapa. Miejsce było bardzo dobrze oświetlone, przez promienie słoneczne, które wpadały tam dosyć sporymi oknami. Na dole była też nowocześnie urządzona kuchnia w odcieniach czerni i czerwieni, a także łazienka, pokój gościnny, garderoba zimowa i tak zwany 'składzik' ze wszystkimi naszymi gratami, które nie znalazły miejsca gdzie indziej.
Na piętrze położona była druga łazienka i garderoba letnia, gabinet, biblioteczka i sypialnia. Z łóżka stojącego obok monumentalnego okna, widniała panorama, o jakiej mi się śniło. Było widać akurat tę bardziej odludnioną część plaży. Z lewej strony znajdowało się pasmo skał, których krawędzie były ostre, jak żyletki. Fale delikatnie uderzały o brzeg i skaliste ściany, w skutek czego, miliony drobinek wody wystrzeliwały w powietrze, tworząc niesamowite zjawisko. Nie zapominając o tym, że słońce zachodziło idealnie na środku horyzontu.
Gdy już się rozpakowaliśmy, pocałowałem ją długo i namiętnie. Spojrzałem jej głęboko w oczy i powiedziałem: "Dziś zaczynamy nowe wspólne życie". Ona tylko się uśmiechnęła i ciągnąc mnie za rękę, zabrała nas na plażę.
Była godzina 15:00, może lekko po. Piasek piekł nas w stopy. Usiedliśmy na przypadkowym miejscu i wpatrywaliśmy się przez chwilę w wodę. Potem zaczęliśmy się bawić w prawda, czy wyzwanie. Zleciała ponad godzina, a my nadal w świetnym nastroju graliśmy dalej.
B: Prawda, czy wyzwanie?
K: Prawda.
B: Tchórz! Ale niech ci będzie. Jesteś tu szczęśliwa, czy wolałabyś wrócić tam, skąd przyjechaliśmy?
K: To miejsce jest niesamowite, ale brakuje mi wielu naszych przyjaciół. Ale znajdziemy nowych, damy radę.
B: Pewnie masz rację.
K: Prawda, czy wyzwanie?
B: Wyzwanie.
K: Odważnie. Hmmm... Podejdź do tego chłopaka, koło skał i się z nim zaprzyjaźnij.
B: Co!?
K: Słyszałeś! Po drugie, dobrze ci to zrobi. No idź już!
B: Dobrze. Idę już, idę!
-------------------------------------------------------------------------------------------
Ruszyliśmy z rozdziałem 3 ! Przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy.
Nicole
I.C.E
sobota, 3 grudnia 2016
środa, 3 czerwca 2015
Rozdział 2
Kate była równie ambitna i uparta, jak ja. Pasowaliśmy do siebie. Do tego była najpiękniejszą dziewczyną, jaką poznałem. Jej długie, blond włosy spadały kaskadami na jej ramiona, a jej oczy przeszywały mnie na wylot głębią swej zieleni. Była idealna i nadal jest. Zakochałem się w niej, a ona odwzajemniła uczucia. Czułem się przy niej dobrze. Czułem się szczęśliwy. Byliśmy zgraną parą, a po kilku latach się jej oświadczyłem. Zgodziła się, a ja uważałem, że to najpiękniejszy dzień w moim życiu. Tak bardzo się myliłem.
Wszystko się zmieniło , gdy postanowiliśmy tu razem zamieszkać. Przeprowadziliśmy się, uważając, że to początek wielkiej przygody, która tak naprawdę, skończyła się dla mnie, gdy poznałem tę odpowiednią osobę. Moje życie było piękne, chociaż teraz uważam je za kompletnie PUSTE - zaakcentowałem ostatnie słowo, wpatrując się w sufit i układając sobie swoje wspomnienia, które wodospadem wpływały mi do mózgu. Czułem się, jakbym oglądał jakiś głupi film zatytułowany "Moje życie".
- Więc miłość do tej kobiety była tylko złudzeniem?
- Kate nigdy nie była złudzeniem. - Wysyczałem przez zęby, zirytowany faktem, że mógł zadać takie pytanie - Ona była i jest wspaniałą osobą i moją pierwszą miłością. Nigdy nie zamierzałem jej opuścić, ale to zrobiłem. Nie chciałem jej zranić. Naprawdę, przysięgam. Kiedyś byłą dla mnie wszystkim, a nawet więcej. Kochałem ją całym sercem i sądzę, że nadal bym z nią był, gdyby nie jedna osoba. A gdyby nie Kate, to nawet bym jej nie poznał. - Uśmiechnąłem się na tę myśl.
- Kate nigdy nie była złudzeniem. - Wysyczałem przez zęby, zirytowany faktem, że mógł zadać takie pytanie - Ona była i jest wspaniałą osobą i moją pierwszą miłością. Nigdy nie zamierzałem jej opuścić, ale to zrobiłem. Nie chciałem jej zranić. Naprawdę, przysięgam. Kiedyś byłą dla mnie wszystkim, a nawet więcej. Kochałem ją całym sercem i sądzę, że nadal bym z nią był, gdyby nie jedna osoba. A gdyby nie Kate, to nawet bym jej nie poznał. - Uśmiechnąłem się na tę myśl.
- Więc rozstałeś się z Kate. Jak się z tym czujesz?
- A jak mogę się czuć? Zraniłem ją, porzuciłem po takim czasie. Widziałem ten zawód w jej oczach. Zawiodłem ją. Sprawiłem, że płakała. Nienawidzę, jak ludzie płaczą z mojego powodu. Źle się czuję z faktem, że kogoś skrzywdziłem. Nawet, jeśli zrobiłem to niechcący. No bo chciałby pan zakochać się w kimś i po ponad 4 latach znajomości oznajmić, że to nie to czego pan pragnie? Że to nie to, czego pan oczekuje? Jakby pan się czuł, zostawiając na lodzie dawną miłość swojego życia? Bo raczej niekolorowo. W każdym razie nie dla mnie. Tak ciężko było jej to powiedzieć - spojrzeć w jej zielone, przeszywające serce i duszę oczy i wyznać bolesną prawdę. Ale musiałem to zrobić, bo nie mogłem też żyć z nią w jednym wielkim kłamstwie. Wolałem powiedzieć jej prawdę, niż być z nią dalej, oszukując ją, ale przede wszystkim siebie, że tak będzie lepiej.
- Więc dzięki Kate poznał pan tę wspaniałą osobę?
- Tak, już to mówiłem. Słuchał pan?
- I ta wspaniała osoba zginęła, by pana uratować?
- Tak.
- Jak zareagowała na to Kate? Jakie są teraz państwa stosunki?
- Jeśli pan myśli, że jest ona bezczelną i bezduszną jędzą, która ucieszy się z tego, że zmarł ktoś, kto odbił jej partnera - to jest pan w błędzie. Ona sama była zdruzgotana. Współczuła mi. Mimo tego, co zrobiłem, to nadal była i jest przy mnie, ale już jako przyjaciółka. Nadal jesteśmy w dobrym kontakcie.
- Rozumiem. A opowie mi pan o tej wyjątkowej osobie?
- Spróbuję. Na imię miał Nicolas. Nicolas Devore. Był przypadkiem jeden na milion.
------------------------------------------------------------------------------------
Wiem, że długo mi zeszło, ale nie mam czasu na pisanie tak często. Postaram się w wakacje wchodzić częściej. :)
Przepraszam za wszystkie niedogodności.
Nicole ;3
Przepraszam za wszystkie niedogodności.
Nicole ;3
INFORMACJA
Do tych którzy mieli już styczność z I.C.E. informuję, że zmieniłam imiona bohaterów, ze względu, iż tak było mi wygodniej. Liczę, że nie będzie to dla was problemem. Aby zobaczyć 'nowe' imiona postaci wystarczy wejść w zakładkę "bohaterowie" i tam sprawdzić co i jak ;)
Pozdrawiam,
Nicole
Pozdrawiam,
Nicole
niedziela, 23 listopada 2014
Rozdział 1
- Więc, jaki jest pański problem? - Z rozmyśleń wyrwał mnie głos starszego mężczyzny w okularach i białym kitlu. Miał dosyć długie, siwe włosy, które pasemkami opadały mu na czoło oraz kilkanaście małych zmarszczek, które ukazywały, że przeżył już wiele wiosen. Jego wzrok wypatrywał we mnie odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie. Jeszcze przez moment przyglądałem się bystrym oczom człowieka siedzącego tuż obok mnie, a następnie przyjrzałem się bliżej pomieszczeniu, w którym się znajdowałem.
Leżałem na skórzanym fotelu w kolorze ciemnego brązu. Obok mnie znajdował się duży, dębowy regał wypełniony książkami. Natomiast po mojej lewej stronie w oczy rzucało się całkiem spore biurko, w tej samej tonacji co regał, a za nim szklana ściana z widokiem na plażę i przebywających na niej ludzi. Na samo wspomnienie wody i piachu łamało mi się serce, a co dopiero, gdy musiałem na to patrzeć. Prędko odwróciłem głowę, wbijając wzrok przed siebie. Twarze wcześniej już opisanego mężczyzny, bacznie śledziła każdy mój ruch, reakcje, czy też oddech, który zdecydowanie przyśpieszył. Lekko zniecierpliwiony ponowił pytanie.
- Więc, z czym pan do mnie przyszedł? Co jest pańskim problemem? - Próbowałem ułożyć jakieś sensowne zdanie w głowie, ale nic nie może opisać tego, jak się teraz czuję.
- Po dwudziestu-pięciu latach mojego życia poznałem osobę, która oddałaby swoje życie dla mnie.
- I co w tym złego?
- Oddała je. Nie mogę. Po prostu nie mogę się z tym pogodzić.
- Ooo. Przykro mi. Moje najszczersze kondolencje.
- W dupie mam w tym momencie pana kondolencje. Nie przyszedłem tu po to, by ich wysłuchiwać.
- Dobrze, przepraszam. Także więc, niech mi pan powie, jak wyglądało pańskie życie zanim się państwo poznali?
- Zależy z jakiej perspektywy się na to patrzy. - Psycholog poprawił się na fotelu, opierając głowę na dłoni, szykując się tym samym na moją wypowiedź. - Jeśli chodzi o to, czy byłem szczęśliwy, to owszem, byłem, a nawet bardzo.
Jako dziecko byłem zadowolony z tego, co miałem. Codziennie wychodziłem na dwór, żeby pograć w piłkę, czy też bawić się w berka z moim dawnym przyjacielem - Samem. Był ode mnie o rok starszy, więc uważałem go za wzór do naśladowania, co oczywiście było dla mnie dobre. Jego rodzice świetnie go wychowali. Potrafił się kulturalnie zachować, gdy wymagała tego sytuacja.
Z każdym dniem bycia nastolatkiem traciłem coraz więcej czasu na naukę. Bardzo oddaliliśmy się od siebie z Samem, bo żaden z nas nie mógł znaleźć dla drugiego wolnej chwili. Brakowało mi go i to bardzo, ale chciałem wyrosnąć na porządnego i inteligentnego człowieka. Wszystko ma swoją cenę. Czasem niską, a czasem wysoką, a ja postanowiłem ją "zapłacić". Jednakże to, że nie spotykałem się z nikim, nie oznaczało, że byłem nietowarzyski. Wręcz przeciwnie. Uwielbiałem rozmawiać z ludźmi na przeróżne tematy. Byłem wygadany, a buzia mi się nigdy nie zamykała. Kochałem sobie podśpiewywać, czy to w szkole, czy to w domu. Domownicy uważali, że mam talent.
Potem dorosłem. Ukończyłem szkołę z zadowalającym wynikiem mojej ciężkiej pracy. Udałem się na studia na architekturę, bo to było wszystkim, o czym marzyłem. W akademiku, czego się nie spodziewałem, poznałem swoją bratnią duszę, a miała ona na imię Kate.
--------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że takie nudne, ale to wstęp, nic na to nie poradzę :p
Nicole
Leżałem na skórzanym fotelu w kolorze ciemnego brązu. Obok mnie znajdował się duży, dębowy regał wypełniony książkami. Natomiast po mojej lewej stronie w oczy rzucało się całkiem spore biurko, w tej samej tonacji co regał, a za nim szklana ściana z widokiem na plażę i przebywających na niej ludzi. Na samo wspomnienie wody i piachu łamało mi się serce, a co dopiero, gdy musiałem na to patrzeć. Prędko odwróciłem głowę, wbijając wzrok przed siebie. Twarze wcześniej już opisanego mężczyzny, bacznie śledziła każdy mój ruch, reakcje, czy też oddech, który zdecydowanie przyśpieszył. Lekko zniecierpliwiony ponowił pytanie.
- Więc, z czym pan do mnie przyszedł? Co jest pańskim problemem? - Próbowałem ułożyć jakieś sensowne zdanie w głowie, ale nic nie może opisać tego, jak się teraz czuję.
- Po dwudziestu-pięciu latach mojego życia poznałem osobę, która oddałaby swoje życie dla mnie.
- I co w tym złego?
- Oddała je. Nie mogę. Po prostu nie mogę się z tym pogodzić.
- Ooo. Przykro mi. Moje najszczersze kondolencje.
- W dupie mam w tym momencie pana kondolencje. Nie przyszedłem tu po to, by ich wysłuchiwać.
- Dobrze, przepraszam. Także więc, niech mi pan powie, jak wyglądało pańskie życie zanim się państwo poznali?
- Zależy z jakiej perspektywy się na to patrzy. - Psycholog poprawił się na fotelu, opierając głowę na dłoni, szykując się tym samym na moją wypowiedź. - Jeśli chodzi o to, czy byłem szczęśliwy, to owszem, byłem, a nawet bardzo.
Jako dziecko byłem zadowolony z tego, co miałem. Codziennie wychodziłem na dwór, żeby pograć w piłkę, czy też bawić się w berka z moim dawnym przyjacielem - Samem. Był ode mnie o rok starszy, więc uważałem go za wzór do naśladowania, co oczywiście było dla mnie dobre. Jego rodzice świetnie go wychowali. Potrafił się kulturalnie zachować, gdy wymagała tego sytuacja.
Z każdym dniem bycia nastolatkiem traciłem coraz więcej czasu na naukę. Bardzo oddaliliśmy się od siebie z Samem, bo żaden z nas nie mógł znaleźć dla drugiego wolnej chwili. Brakowało mi go i to bardzo, ale chciałem wyrosnąć na porządnego i inteligentnego człowieka. Wszystko ma swoją cenę. Czasem niską, a czasem wysoką, a ja postanowiłem ją "zapłacić". Jednakże to, że nie spotykałem się z nikim, nie oznaczało, że byłem nietowarzyski. Wręcz przeciwnie. Uwielbiałem rozmawiać z ludźmi na przeróżne tematy. Byłem wygadany, a buzia mi się nigdy nie zamykała. Kochałem sobie podśpiewywać, czy to w szkole, czy to w domu. Domownicy uważali, że mam talent.
Potem dorosłem. Ukończyłem szkołę z zadowalającym wynikiem mojej ciężkiej pracy. Udałem się na studia na architekturę, bo to było wszystkim, o czym marzyłem. W akademiku, czego się nie spodziewałem, poznałem swoją bratnią duszę, a miała ona na imię Kate.
--------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że takie nudne, ale to wstęp, nic na to nie poradzę :p
Nicole
sobota, 22 listopada 2014
PROLOG
- Dzień dobry. - Uśmiechnąłem się sztucznie do recepcjonistki
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc.
- Jestem umówiony na wizytę.
-Imię i nazwisko?
- Brian. Brian Holden.
- Momencik. Zgadza się. Doktor zaraz pana przyjmie.
- Dziękuję. - Usiadłem na plastikowym krzesełku w poczekalni obok jakiejś dziewczynki.
- Co pana tu sprowadza? -zapytała uroczym głosikiem spoglądając na mnie ciekawskim wzrokiem
- Mam pewien problem, który muszę jakoś wyjaśnić. A ty co tu robisz? I czemu jesteś sama?
- Nie jestem sama. Jestem z mamusią i tatusiem. Tatuś na chwilę wyszedł, bo ma coś ważnego do zrobienia, ale obiecał, że wróci. Wierzę mu. A mamusia siedzi tuż obok mnie. Zawsze przy mnie jest, bo bardzo mnie kocha. - obok czarnowłosej dziewczynki nikogo nie było.
- Nie rozumiem. Obok ciebie nikogo nie ma. Jesteśmy tu tylko we dwoje i pani recepcjonistka.
- Wszyscy tak mówią, dlatego się tu znalazłam. Nikt nie chce mi wierzyć, więc tatuś mnie wysłał do tego całego psycholofa.
- Psychologa.
- O, właśnie. Nie rozumiem, czemu nikt mi nie wierzy. Ale może ten pan mi uwierzy i przekona innych, że mam rację?
- Możliwe, ale szczerze wątpię, mała.
- Dlaczego? Jeśli nie uwierzy mi, może uwierzy mamusi?
- Sądzę, że nie.
- Dlaczego? Ty też mi nie wierzysz?
- Niestety nie mogę. Obok ciebie nikogo nie ma.
- Ranisz ją. Nie wiem dlaczego mi nie wierzycie. Jesteście ślepi? Może powinniście nosić okulary? Ale przynajmniej twój przyjaciel mi wierzy.
- Jaki przyjaciel? - z wielkim zdziwieniem spojrzałem na machającą w moją stronę dziewczynkę
- No ten, co siedzi obok Ciebie. Odmachał mi i mojej mamusi. Chyba mi nie powiesz, że nie widzisz swojego przyjaciela? Hahaha.
- A jak ten przyjaciel wygląda?
- Nie bądź głupi! Chyba sam możesz zobaczyć!
- Właśnie nie mogę. Proszę, możesz mi go opisać?
- No dobrze, ale nie jestem w tym dobra. Hhhmmm. Więc jest tak wysoki jak ty, ma brązowe oczy i czarne włosy sterczące do góry. Śmieje się ze mnie, ale nie umiem opisywać ludzi.
- A ma coś szczególnego, co mogło by mi pomóc w skojarzeniu?
- Hhhmmm. Ma kolczyki w uszach i jest bardzo przystojny. Uśmiecha się do mnie i powiedział, że jestem śliczna.
- Ma rację, jesteś śliczna. Możesz go poprosić, żeby powiedział ci coś specyficznego, charakterystycznego?
- Hhhmmm. Dziwne.
- Co? - słuchałem bardzo zaciekawiony
- Powiedział mi tylko lód i że będziesz wiedział.
- Powiedział ci ICE?
- Tak. Już wiesz?
- Chyba tak. - Nie mogłem uwierzyć, w to co powiedziała - Czy on mnie słyszy?
- Słyszy i to dokładnie, ale mówi, że ty go nie możesz. Smutne.
- Dziękuję Ci bardzo.
- Nie ma za co. A tak w ogóle to nazywam się Madi.
- Dziękuję Madi. Ja nazywam się Brian. Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo cieszę się, że cię poznałem.
- Nie ma za co. O mój tatuś wraca. - uśmiechnęła się uroczo
*
- Dzień dobry, panu. - Wstałem ściskając dłoń mężczyzny
- Dzień dobry. Mam nadzieję, że nie sprawiła panu problemu i nie namieszała w głowie swoimi wymysłami.
- Odciągnąłem mężczyznę na bok, by dziecko nie mogło nas usłyszeć
- Niech ją pan zabierze z tego miejsca. To nie jest jej potrzebne.
- Jak to? Nie rozumiem.
- Ona nie jest chora. Jest obdarowana darem widzenia.
- Darem widzenia czego niby?
- Kiedy zmarła pańska żona?
- Co? Nie rozumiem skąd takie pytanie..
- Kiedy?
- Pół roku temu. Czemu pan pyta?
- Bo pańska córka właśnie mi powiedziała, że obok mnie siedzi bardzo mi bliska osoba, która zmarła kilkanaście dni temu. Nie mogła znać tej osoby. Ona nie jest chora, tylko widzi zmarłych. Może mi pan wierzyć lub nie, ale sądzę, że tutaj usłyszy pan to samo. - wyszeptałem patrząc mu prosto w oczy
- Miałem takie podejrzenia, ale to nie jest normalne!
- Zgadzam się, nie jest. Dlatego jest wyjątkowa. Niech pan ją wysłucha i jej uwierzy. Niech pan ją traktuje tak jak zawsze, bo nie zasługuje na odtrącenie z naklejką dziwak na czole.
- Ja, ja.. Dobrze, dziękuję. - Odwrócił się i podchodząc do córki, wyciągnął do niej rękę
- Chodź skarbie, idziemy stąd.
- Nie muszę tu siedzieć? - zapytała brązowooka
- Nie. Wracamy do domu. - uśmiechnął się do niej szczerze
- Jupi! - już byli przy wyjściu, gdy dziewczyna wyrwała się z uścisku taty i pobiegła w moją stronę
- Dziękuję bardzo, proszę pana. - Przytuliła się do moich nóg
- Nie ma za co, Madi.
- To dzięki panu wracam do domu.
- Skąd wiesz?
- Mamusia mi powiedziała. Jednak mi pan wierzy.
- Wierzę na 100%. Czemu miałbym nie wierzyć? - Uśmiechnąłem się do niej najładniej jak mogłem
- Hi hi hi. Dziękuję bardzo.
- To ja dziękuję. Uświadomiłaś mi coś bardzo ważnego. No, a teraz zmykaj do tatusia.
- Dobrze. Dowiedzenia! - krzyknęła z wyjścia
- Do zobaczenia.
Usiadłem z powrotem na krzesełku. Zacząłem myśleć o tym co powiedziała mi mała dziewczynka. Czy naprawdę Nick może być tuż obok mnie?
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc.
- Jestem umówiony na wizytę.
-Imię i nazwisko?
- Brian. Brian Holden.
- Momencik. Zgadza się. Doktor zaraz pana przyjmie.
- Dziękuję. - Usiadłem na plastikowym krzesełku w poczekalni obok jakiejś dziewczynki.
- Co pana tu sprowadza? -zapytała uroczym głosikiem spoglądając na mnie ciekawskim wzrokiem
- Mam pewien problem, który muszę jakoś wyjaśnić. A ty co tu robisz? I czemu jesteś sama?
- Nie jestem sama. Jestem z mamusią i tatusiem. Tatuś na chwilę wyszedł, bo ma coś ważnego do zrobienia, ale obiecał, że wróci. Wierzę mu. A mamusia siedzi tuż obok mnie. Zawsze przy mnie jest, bo bardzo mnie kocha. - obok czarnowłosej dziewczynki nikogo nie było.
- Nie rozumiem. Obok ciebie nikogo nie ma. Jesteśmy tu tylko we dwoje i pani recepcjonistka.
- Wszyscy tak mówią, dlatego się tu znalazłam. Nikt nie chce mi wierzyć, więc tatuś mnie wysłał do tego całego psycholofa.
- Psychologa.
- O, właśnie. Nie rozumiem, czemu nikt mi nie wierzy. Ale może ten pan mi uwierzy i przekona innych, że mam rację?
- Możliwe, ale szczerze wątpię, mała.
- Dlaczego? Jeśli nie uwierzy mi, może uwierzy mamusi?
- Sądzę, że nie.
- Dlaczego? Ty też mi nie wierzysz?
- Niestety nie mogę. Obok ciebie nikogo nie ma.
- Ranisz ją. Nie wiem dlaczego mi nie wierzycie. Jesteście ślepi? Może powinniście nosić okulary? Ale przynajmniej twój przyjaciel mi wierzy.
- Jaki przyjaciel? - z wielkim zdziwieniem spojrzałem na machającą w moją stronę dziewczynkę
- No ten, co siedzi obok Ciebie. Odmachał mi i mojej mamusi. Chyba mi nie powiesz, że nie widzisz swojego przyjaciela? Hahaha.
- A jak ten przyjaciel wygląda?
- Nie bądź głupi! Chyba sam możesz zobaczyć!
- Właśnie nie mogę. Proszę, możesz mi go opisać?
- No dobrze, ale nie jestem w tym dobra. Hhhmmm. Więc jest tak wysoki jak ty, ma brązowe oczy i czarne włosy sterczące do góry. Śmieje się ze mnie, ale nie umiem opisywać ludzi.
- A ma coś szczególnego, co mogło by mi pomóc w skojarzeniu?
- Hhhmmm. Ma kolczyki w uszach i jest bardzo przystojny. Uśmiecha się do mnie i powiedział, że jestem śliczna.
- Ma rację, jesteś śliczna. Możesz go poprosić, żeby powiedział ci coś specyficznego, charakterystycznego?
- Hhhmmm. Dziwne.
- Co? - słuchałem bardzo zaciekawiony
- Powiedział mi tylko lód i że będziesz wiedział.
- Powiedział ci ICE?
- Tak. Już wiesz?
- Chyba tak. - Nie mogłem uwierzyć, w to co powiedziała - Czy on mnie słyszy?
- Słyszy i to dokładnie, ale mówi, że ty go nie możesz. Smutne.
- Dziękuję Ci bardzo.
- Nie ma za co. A tak w ogóle to nazywam się Madi.
- Dziękuję Madi. Ja nazywam się Brian. Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo cieszę się, że cię poznałem.
- Nie ma za co. O mój tatuś wraca. - uśmiechnęła się uroczo
*
- Dzień dobry, panu. - Wstałem ściskając dłoń mężczyzny
- Dzień dobry. Mam nadzieję, że nie sprawiła panu problemu i nie namieszała w głowie swoimi wymysłami.
- Odciągnąłem mężczyznę na bok, by dziecko nie mogło nas usłyszeć
- Niech ją pan zabierze z tego miejsca. To nie jest jej potrzebne.
- Jak to? Nie rozumiem.
- Ona nie jest chora. Jest obdarowana darem widzenia.
- Darem widzenia czego niby?
- Kiedy zmarła pańska żona?
- Co? Nie rozumiem skąd takie pytanie..
- Kiedy?
- Pół roku temu. Czemu pan pyta?
- Bo pańska córka właśnie mi powiedziała, że obok mnie siedzi bardzo mi bliska osoba, która zmarła kilkanaście dni temu. Nie mogła znać tej osoby. Ona nie jest chora, tylko widzi zmarłych. Może mi pan wierzyć lub nie, ale sądzę, że tutaj usłyszy pan to samo. - wyszeptałem patrząc mu prosto w oczy
- Miałem takie podejrzenia, ale to nie jest normalne!
- Zgadzam się, nie jest. Dlatego jest wyjątkowa. Niech pan ją wysłucha i jej uwierzy. Niech pan ją traktuje tak jak zawsze, bo nie zasługuje na odtrącenie z naklejką dziwak na czole.
- Ja, ja.. Dobrze, dziękuję. - Odwrócił się i podchodząc do córki, wyciągnął do niej rękę
- Chodź skarbie, idziemy stąd.
- Nie muszę tu siedzieć? - zapytała brązowooka
- Nie. Wracamy do domu. - uśmiechnął się do niej szczerze
- Jupi! - już byli przy wyjściu, gdy dziewczyna wyrwała się z uścisku taty i pobiegła w moją stronę
- Dziękuję bardzo, proszę pana. - Przytuliła się do moich nóg
- Nie ma za co, Madi.
- To dzięki panu wracam do domu.
- Skąd wiesz?
- Mamusia mi powiedziała. Jednak mi pan wierzy.
- Wierzę na 100%. Czemu miałbym nie wierzyć? - Uśmiechnąłem się do niej najładniej jak mogłem
- Hi hi hi. Dziękuję bardzo.
- To ja dziękuję. Uświadomiłaś mi coś bardzo ważnego. No, a teraz zmykaj do tatusia.
- Dobrze. Dowiedzenia! - krzyknęła z wyjścia
- Do zobaczenia.
Usiadłem z powrotem na krzesełku. Zacząłem myśleć o tym co powiedziała mi mała dziewczynka. Czy naprawdę Nick może być tuż obok mnie?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)