- Więc, jaki jest pański problem? - Z rozmyśleń wyrwał mnie głos starszego mężczyzny w okularach i białym kitlu. Miał dosyć długie, siwe włosy, które pasemkami opadały mu na czoło oraz kilkanaście małych zmarszczek, które ukazywały, że przeżył już wiele wiosen. Jego wzrok wypatrywał we mnie odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie. Jeszcze przez moment przyglądałem się bystrym oczom człowieka siedzącego tuż obok mnie, a następnie przyjrzałem się bliżej pomieszczeniu, w którym się znajdowałem.
Leżałem na skórzanym fotelu w kolorze ciemnego brązu. Obok mnie znajdował się duży, dębowy regał wypełniony książkami. Natomiast po mojej lewej stronie w oczy rzucało się całkiem spore biurko, w tej samej tonacji co regał, a za nim szklana ściana z widokiem na plażę i przebywających na niej ludzi. Na samo wspomnienie wody i piachu łamało mi się serce, a co dopiero, gdy musiałem na to patrzeć. Prędko odwróciłem głowę, wbijając wzrok przed siebie. Twarze wcześniej już opisanego mężczyzny, bacznie śledziła każdy mój ruch, reakcje, czy też oddech, który zdecydowanie przyśpieszył. Lekko zniecierpliwiony ponowił pytanie.
- Więc, z czym pan do mnie przyszedł? Co jest pańskim problemem? - Próbowałem ułożyć jakieś sensowne zdanie w głowie, ale nic nie może opisać tego, jak się teraz czuję.
- Po dwudziestu-pięciu latach mojego życia poznałem osobę, która oddałaby swoje życie dla mnie.
- I co w tym złego?
- Oddała je. Nie mogę. Po prostu nie mogę się z tym pogodzić.
- Ooo. Przykro mi. Moje najszczersze kondolencje.
- W dupie mam w tym momencie pana kondolencje. Nie przyszedłem tu po to, by ich wysłuchiwać.
- Dobrze, przepraszam. Także więc, niech mi pan powie, jak wyglądało pańskie życie zanim się państwo poznali?
- Zależy z jakiej perspektywy się na to patrzy. - Psycholog poprawił się na fotelu, opierając głowę na dłoni, szykując się tym samym na moją wypowiedź. - Jeśli chodzi o to, czy byłem szczęśliwy, to owszem, byłem, a nawet bardzo.
Jako dziecko byłem zadowolony z tego, co miałem. Codziennie wychodziłem na dwór, żeby pograć w piłkę, czy też bawić się w berka z moim dawnym przyjacielem - Samem. Był ode mnie o rok starszy, więc uważałem go za wzór do naśladowania, co oczywiście było dla mnie dobre. Jego rodzice świetnie go wychowali. Potrafił się kulturalnie zachować, gdy wymagała tego sytuacja.
Z każdym dniem bycia nastolatkiem traciłem coraz więcej czasu na naukę. Bardzo oddaliliśmy się od siebie z Samem, bo żaden z nas nie mógł znaleźć dla drugiego wolnej chwili. Brakowało mi go i to bardzo, ale chciałem wyrosnąć na porządnego i inteligentnego człowieka. Wszystko ma swoją cenę. Czasem niską, a czasem wysoką, a ja postanowiłem ją "zapłacić". Jednakże to, że nie spotykałem się z nikim, nie oznaczało, że byłem nietowarzyski. Wręcz przeciwnie. Uwielbiałem rozmawiać z ludźmi na przeróżne tematy. Byłem wygadany, a buzia mi się nigdy nie zamykała. Kochałem sobie podśpiewywać, czy to w szkole, czy to w domu. Domownicy uważali, że mam talent.
Potem dorosłem. Ukończyłem szkołę z zadowalającym wynikiem mojej ciężkiej pracy. Udałem się na studia na architekturę, bo to było wszystkim, o czym marzyłem. W akademiku, czego się nie spodziewałem, poznałem swoją bratnią duszę, a miała ona na imię Kate.
--------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że takie nudne, ale to wstęp, nic na to nie poradzę :p
Nicole
Bardzo podoba mi się twoje opowiadanie.
OdpowiedzUsuńSzkoda, że tak dawno nie było rozdziału :(
Ale jeśli miałbym być szczera zmieniłabym wygląd bloga, ale to moje zdanie. Pozdrawiam
~T